Norway trip blog

Najnowsza

Uhuhuh!

Jak juz wyczytaliscie w poprzednim poscie, zaprzyjaznilismy sie z pewnym mechanikiem. Na dzien dzisiejszy mozna powiedziec, ze zmienilo sie od tego czasu bardzo duzo. Mieszkamy w jego drugim domu, ogarniamy jego ogrodek (odrabiamy „straty” finansowe spowodowane spontanicznym WYP! na MUSE na Coke Live), zalatwil nam prace, ktora zaczynamy od poniedzialku i ogolnie jest zajebiscie.
To tyle w skrocie. Jak bedzie czas to sie rozpisze.

Pozdrø!!1

Mateusz

Oslo

Mowilismy juz o naszym znajomym mechaniku? Coz, jak nam sie zepsuly klocki hamulcowe to po wielu poszukiwaniach trafilismy do naprawde swietnego mechanika. Nie dosc, ze poradzil nam gdzie najtaniej kupic czesci, nie dosc, ze policzyl sobie za robocizne raptem 300 nok, to jeszcze caly czas on i jego zona szukaja dla nas pracy. Olav, bo tak ma na imie, ma w Oslo syna, ktorego dziewczyna jest Polka. I wyobrazcie sobie, ze siedzimy w Oslo na Karl Johanns Gate i oni nas znalezli i zaprosili na obiad, a dnia nastepnego moglismy u nich wyprac ciuchy. Mega! Tak goscinnych ludzi jeszcze nie znalem. Zreszta mozna calkiem ogolnie stwierdzic, ze Norwegia to kraj przyjaznych ludzi. Tu ktos pomoze nam uzyczajac pradu na chwile, tu nam zamienia miliard drobnych na grube, tu dostaniemy nalepki z kopulujacymi reniferami za free. Nawet Arabowie jacys tacy inni niz wszedzie. Siedzimy wczoraj na ulicy i gramy – zaczyna padac. Po jakims czasie Arab ze sklepu naprzeciwko podchodzi do nas i daje nam parasol. Maly gest, a cieszy. Tylko nie myslcie przypadkiem, ze my tak siedzimy i zebramy, o nie! My gramy i spiewamy, bo ie chcemy zzerac czyjejs kasy nie dajac nic w zamian. I do tego codziennie uczymy sie nowych piosenek. Zazwyczaj po jednej, ale dzisiaj poszlismy na calosc i mamy 5 nowych walkow. Idziemy glownie w klasyke, z polskich gramy szanty, dzem i troche punku Mateusza, z angielskich to na przyklad hit the road jack, ain’t no sunshine czy can’t take my eyes of you. Kase na powrot juz mamy, teraz tylko trzeba zarobic:)
Milego dnia ludzie!

Pierdu pierdu

Samochod juz prawie zrobiony, tylko tarcze trzeba zrobic, ale to moze sie juz dzisiaj uda. Karolina postanowila wrocic do Polski. Poddaje sie i nie chce szukac dalej, coz, jej wybor. A jako, ze boi sie samolotow, bedzie jechac autobusem. Ostatnie dwa dni to cudowna pogoda, prawie bez jednej chmurki! W sumie nie ma zbytnio o czym pisac, a moze wrecz przeciwnie, jest za duzo.

Szybciutenko

Na szybkensa nowy wpis, pogoda ok, pracy nie ma, sezon na truskawki sie skonczyl, trzeba wymienic klocki hamulcowe, nie chorujemy, chociaz Mateusza troche lapalo. Karolina ma juz nas chyba serdecznie dosyc, bo ciagle narzeka :D Dorwalismy kilka fajnych miejsc na nocleg, calkiem darmowcyh, przy okazji mielismy „wypadek” bo facet jakis stary chcial nas wyprzedzac, jak skrecalismy, ale zadnych wiekszych konsekwencji to nie przynioslo :D spotkalismy troche miejscowych zwierzat, jakies takie kuno wydropodobne cos i kaczki, jedna kaczka zdechla, to ja pochowalismy przy plazy. Jak na dwa tygodnie, to tak: jedna fucha, dwa prysznice, zarcia jeszcze w cholere mamy, chociaz chleb sie konczy powoli.

Pozdro,
Misiek

Brumunddal

Wyobrazcie sobie, ze to najwieksze miasto gminy, czy tam regionu ringsaker. I wtym wlasnie miescie nie ma ani grama alkoholu mocniejszego niz piwo. Tak, dokladnie. W Norwegii silniejsze alkohole kupic mozna jedynie w specjalnych sklepach, a tutaj takiego nie ma. Najblizszy jest w miejscowosci Ops ( wymawia sie ups ). A Karolina nie chce pisac na blogu :( Aha, no i znalazla sie karta chipowa, ktora zgubilismy na campingu, takze mozemy wrocic i odebrac nasze 150 koron :D A teraz dalej szukamy pracy i noclegu.

Pozdro,
Misiek

Takie rzeczy nie zdarzaja sie codziennie…

Do Norwegii dojechalismy w jednym kawalku, a do Hamaru dotarlismy po noclegu z wtorku na srode nad jeziorem w Hersjøen. Lecz tam prozno nam bylo raczej szukac pracy, wiec udalismy sie poza miasto, wysoko w gory. I tak trafilismy na strasznie zadupie na wysokosci ponad 500m n.p.m. Jezdzilismy, szukalismy, pytalismy, w koncu okolo 20:30, gdy juz mielismy zrezygnowac i rozbijac namioty gdzies w lesie, zatrzymalismy sie kolo jakiegos malego hotelu. „Warto sprobowac. Wchodzimy”. Przywital nas starszy pan, zaprosil do salonu, przyszla jego zona, ktora lepiej wlada jezykiem angielskim (z nim bysmy sie raczej nie dogadali). Wchodzac tam nie spodziewalem sie nawet, ze zaprosza nas do srodka. A to, co sie dzialo pozniej… Starszy pan zadzwonil do znajomego z pytaniem, czy potrzebuje kogos do pracy, okazalo sie, ze nie. Jego zona podala nam kawe, zrobila kanapki z lososiem, przyszedl ich znajomy, z ktorym mozna bylo luzno pogadac po angielsku i zarazem robil za tlumacza. Nagle starszy pan stwierdzil, ze rano mozemy oczyscic z kamieni kilkanascie metrow kwadratowych jego ziemii za hotelem, bo chce tam posiac trawe, a na noc mozemy rozbic namioty gdzies obok. Rozmowa zakonczyla sie w koncu tym, ze wyladowalismy w 4os pokoju, dostalismy posciel, reczniki i sniadanie rano… Takie rzeczy nam sie nawet nie snily. Od rana (wyspani, czysci i najedzeni) zabralismy sie do pracy. Pare h machania lopatami, grzebania w ziemi i prowadzenia taczki i mamy 1500NOK do podzialu… nie mowiac juz o uprzejmosci tych ludzi, ich zaufania wobec nas i checi pomocy oraz ofiarowania dachu nad glowa. Chcieli, zebysmy zostali dluzej.. Ale wiecie, jakie przyjemne jest zycie na walizkach, wszystko na spontana… Ech.. : )

Mateusz

Wiecej fot!

Relacja z podróży szersza:D

Podróż zaczęła się dla jednych wcześniej, o 4.30 rano, dla innych o 5.20, a wspólnie z Sosnowca wyruszyliśmy o 6.40. Z ciekawszych rzeczy na polskiej części trasy, to spotkaliśmy leżącą w rowie ciężarówkę. Taką w ch.. długą. A potem minęliśmy samochód na dziwnych blachach z naklejonym reniferem, pogadaliśmy przez okno, zatrzymaliśmy się gdzieś tam razem na stacji i pogadaliśmy. Okazało się, że to facet, który mieszka w Danii i tam jedzie, całkiem spoko, wiózł cały bagażnik piwa :D Jedno nam dał na granicy polsko – niemieckiej, gdzie się pożegnaliśmy:D a to akurat browarek, jakim raczy się homer simpson :D

W Niemczech ciekawe niezmiernie było zap***dalanie po autostradzie bez ograniczeń :D najwyższa prędkość, jaką osiągnęliśmy to 183 km/h, ale średnio jechaliśmy jakieś 140, żeby utrzymać niskie spalanie. Pod koniec podróży zeszliśmy ze spalaniem nawet do 5,5 litrów na setkę :D Potem w Berlinie ( prowadził Mateusz ) zauważyliśmy ŁADNĄ NIEMKĘ za kółkiem, kierowca się zagapił i minęliśmy nasz zjazd z autostrady. Potem wracaliśmy na nią około 15 minut.

Kolejny kraj, który miał zaszczyt nas powitać to Dania. Tam troszkę gorsze autostrady, z ograniczeniami 130 albo 110 na godzinę. I tam parę ciekawych rzeczy na drodze się działo, między innymi piękny ford mustang obok nas na lawecie, potem 30-metrowa laweta wioząca tramwaj :D Spotkaliśmy ją jeszcze potem w Szwecji. A właściwie to dogoniliśmy, bo do Kopenhagi dojechaliśmy około 22, i tam też spotkaliśmy się z kuzynką Mateusza, Malwiną i przespaliśmy się do godziny 4.30, więc wspomniana laweta miałą ładnych parę godzin przewagi. Mateusz wwiózł nas na teren Szwecji wspaniałym, długim mostem nad Cieśniną Kopenhaską. W sumie parędziesiąt kilometrów przed Kopenhagą też taki był, tylko dłuższy i… tańszy :D

W Szwecji nie działo się nic ciekawego, poza tym, że spotkaliśmy kolejnego mustanga, w którym ktoś spał :) Ja się trochę przespałem, po czym o 8.30 przejąłem stery naszego okrętu i nie oddałem aż do końca podróży, czyli mniej więcej do 17. Wtedy już właściwie się zatrzymaliśmy w jednej okolicy. Znaleźliśmy bibliotekę z internetem, znaleźliśmy fajny camping, zjedliśmy coś, posiedzieliśmy nad jeziorem robiąc „ognisko” i w cudownych humorach poszliśmy spać. Niestety, namiot Mateusza nie był do końca kompletny ( brakowało kijków, na których cała konstrukcja się opiera ), więc zmuszeni byliśmy do stworzenia prowizorki. Używając samochodu i sznura do bielizny rozbiliśmy wspaniałą jaskinię z dość niskim sufitem :D Niestety, nie ma zdjęć :D Najważniejsze jednak i najpiękniejsze było wzięcie porannego prysznica :D Nie udało nam się jednak uniknąć wpadki. Zgubiłą nam się karta chipowa pod prysznic i właścicielce campingu musieliśmy zapłacić kaucję w wysokości 150 koron norweskich. Jeżeli jednak stało się tak, że ktoś tę kartę podniósł i zwróci ją „szefowej”, to powiadomi nas ona sms-em, żebyśmy odzyskali te pieniądze. I tak będziemy w pobliżu :D A teraz pora na szukanie pracy. Jeszcze tylko mala galeria.

Pozdro,
Misiek

Dojechali!

Jestemy w Jessheim i dorwalismy sie w bibliotece do komputera z internetem, ale musicie nam wybaczyc brak polskich znakow :( Podroz zajebiscie udana i strasznie zakrecona, ale biblioteka jest czynna tylko do 18, wiec trzeba sie szybko zbierac i wrzucic pare fajniusich foteceq^^

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.