Podróż zaczęła się dla jednych wcześniej, o 4.30 rano, dla innych o 5.20, a wspólnie z Sosnowca wyruszyliśmy o 6.40. Z ciekawszych rzeczy na polskiej części trasy, to spotkaliśmy leżącą w rowie ciężarówkę. Taką w ch.. długą. A potem minęliśmy samochód na dziwnych blachach z naklejonym reniferem, pogadaliśmy przez okno, zatrzymaliśmy się gdzieś tam razem na stacji i pogadaliśmy. Okazało się, że to facet, który mieszka w Danii i tam jedzie, całkiem spoko, wiózł cały bagażnik piwa
Jedno nam dał na granicy polsko – niemieckiej, gdzie się pożegnaliśmy:D a to akurat browarek, jakim raczy się homer simpson
W Niemczech ciekawe niezmiernie było zap***dalanie po autostradzie bez ograniczeń
najwyższa prędkość, jaką osiągnęliśmy to 183 km/h, ale średnio jechaliśmy jakieś 140, żeby utrzymać niskie spalanie. Pod koniec podróży zeszliśmy ze spalaniem nawet do 5,5 litrów na setkę
Potem w Berlinie ( prowadził Mateusz ) zauważyliśmy ŁADNĄ NIEMKĘ za kółkiem, kierowca się zagapił i minęliśmy nasz zjazd z autostrady. Potem wracaliśmy na nią około 15 minut.
Kolejny kraj, który miał zaszczyt nas powitać to Dania. Tam troszkę gorsze autostrady, z ograniczeniami 130 albo 110 na godzinę. I tam parę ciekawych rzeczy na drodze się działo, między innymi piękny ford mustang obok nas na lawecie, potem 30-metrowa laweta wioząca tramwaj
Spotkaliśmy ją jeszcze potem w Szwecji. A właściwie to dogoniliśmy, bo do Kopenhagi dojechaliśmy około 22, i tam też spotkaliśmy się z kuzynką Mateusza, Malwiną i przespaliśmy się do godziny 4.30, więc wspomniana laweta miałą ładnych parę godzin przewagi. Mateusz wwiózł nas na teren Szwecji wspaniałym, długim mostem nad Cieśniną Kopenhaską. W sumie parędziesiąt kilometrów przed Kopenhagą też taki był, tylko dłuższy i… tańszy
W Szwecji nie działo się nic ciekawego, poza tym, że spotkaliśmy kolejnego mustanga, w którym ktoś spał
Ja się trochę przespałem, po czym o 8.30 przejąłem stery naszego okrętu i nie oddałem aż do końca podróży, czyli mniej więcej do 17. Wtedy już właściwie się zatrzymaliśmy w jednej okolicy. Znaleźliśmy bibliotekę z internetem, znaleźliśmy fajny camping, zjedliśmy coś, posiedzieliśmy nad jeziorem robiąc „ognisko” i w cudownych humorach poszliśmy spać. Niestety, namiot Mateusza nie był do końca kompletny ( brakowało kijków, na których cała konstrukcja się opiera ), więc zmuszeni byliśmy do stworzenia prowizorki. Używając samochodu i sznura do bielizny rozbiliśmy wspaniałą jaskinię z dość niskim sufitem
Niestety, nie ma zdjęć
Najważniejsze jednak i najpiękniejsze było wzięcie porannego prysznica
Nie udało nam się jednak uniknąć wpadki. Zgubiłą nam się karta chipowa pod prysznic i właścicielce campingu musieliśmy zapłacić kaucję w wysokości 150 koron norweskich. Jeżeli jednak stało się tak, że ktoś tę kartę podniósł i zwróci ją „szefowej”, to powiadomi nas ona sms-em, żebyśmy odzyskali te pieniądze. I tak będziemy w pobliżu
A teraz pora na szukanie pracy. Jeszcze tylko mala galeria.
Pozdro,
Misiek