Takie rzeczy nie zdarzaja sie codziennie…
Do Norwegii dojechalismy w jednym kawalku, a do Hamaru dotarlismy po noclegu z wtorku na srode nad jeziorem w Hersjøen. Lecz tam prozno nam bylo raczej szukac pracy, wiec udalismy sie poza miasto, wysoko w gory. I tak trafilismy na strasznie zadupie na wysokosci ponad 500m n.p.m. Jezdzilismy, szukalismy, pytalismy, w koncu okolo 20:30, gdy juz mielismy zrezygnowac i rozbijac namioty gdzies w lesie, zatrzymalismy sie kolo jakiegos malego hotelu. “Warto sprobowac. Wchodzimy”. Przywital nas starszy pan, zaprosil do salonu, przyszla jego zona, ktora lepiej wlada jezykiem angielskim (z nim bysmy sie raczej nie dogadali). Wchodzac tam nie spodziewalem sie nawet, ze zaprosza nas do srodka. A to, co sie dzialo pozniej… Starszy pan zadzwonil do znajomego z pytaniem, czy potrzebuje kogos do pracy, okazalo sie, ze nie. Jego zona podala nam kawe, zrobila kanapki z lososiem, przyszedl ich znajomy, z ktorym mozna bylo luzno pogadac po angielsku i zarazem robil za tlumacza. Nagle starszy pan stwierdzil, ze rano mozemy oczyscic z kamieni kilkanascie metrow kwadratowych jego ziemii za hotelem, bo chce tam posiac trawe, a na noc mozemy rozbic namioty gdzies obok. Rozmowa zakonczyla sie w koncu tym, ze wyladowalismy w 4os pokoju, dostalismy posciel, reczniki i sniadanie rano… Takie rzeczy nam sie nawet nie snily. Od rana (wyspani, czysci i najedzeni) zabralismy sie do pracy. Pare h machania lopatami, grzebania w ziemi i prowadzenia taczki i mamy 1500NOK do podzialu… nie mowiac juz o uprzejmosci tych ludzi, ich zaufania wobec nas i checi pomocy oraz ofiarowania dachu nad glowa. Chcieli, zebysmy zostali dluzej.. Ale wiecie, jakie przyjemne jest zycie na walizkach, wszystko na spontana… Ech.. : )